Robot finansowany przez NASA właśnie został wystrzelony na orbitę. Ma tylko jedno zadanie: złapać spadający teleskop, zanim spłonie po ponownym wejściu.
Celem operacji jest teleskop kosmiczny Swift. To obserwatorium zostało zbudowane w celu obserwacji najpotężniejszych eksplozji we Wszechświecie. Jednak obecnie jej stan jest krytyczny. Z powodu zwiększonej aktywności słonecznej atmosfera ziemska rozszerzyła się i zaczęła ściągać Swifta w dół. Powoli, ale pewnie.
Teleskop poprzednio obracał się na wysokości 570 mil. Teraz jego orbita spadła do 300 km. Większość tego spadku nastąpiła w ciągu zaledwie dwóch lat.
Robot ratunkowy został opracowany przez Katalyst Space Technologies, młody startup z Arizony. Nazwali swoje urządzenie LINK. Został wystrzelony w piątek na rakiecie Pegasus.
„To, co zespół osiągnął w ciągu ośmiu miesięcy, jest po prostu znakomite.”
Jak zauważa Ghonhee Lee, specjalistom udało się zaprojektować, zbudować i przetestować zrobotyzowany statek kosmiczny w niecały rok. Było to konieczne, ponieważ Swift osiągnął „punkt bez powrotu” po 300 km. Potem grawitacja nieuchronnie sprawi, że upadnie.
Po co go ratować?
Swift bada rozbłyski promieniowania gamma, czyli zjawisko zachodzące, gdy gigantyczne gwiazdy giną w wyniku gwałtownych eksplozji lub zderzają się ze sobą. W ciągu kilku sekund uwalniają więcej energii niż nasze Słońce w ciągu dziesięciu miliardów lat. Te chwile są ulotne, więc Swift musi być szybki – stąd jego nazwa.
Dla tego teleskopu nie ma kopii zapasowej. Pozwala zajrzeć w przestrzeń kosmiczną w sposób, jakiego nie potrafi żaden inny instrument. Dlatego NASA postanowiła rzucić mu koło ratunkowe.
Czy NASA jest zagrożona?
Doktor Simon Barber z Open University odpowiada twierdząco. „Wysokie ryzyko” – mówi. Środowisko naukowe jednak stawia na sukces. Alternatywą jest trwała utrata unikalnych możliwości gromadzenia danych.
LINK jest mały – mniej więcej wielkości standardowej lodówki. Ale ma trzy robotyczne ramiona, kamery i silniki.
Pierwsze kilka tygodni minie w ciszy. Urządzenie będzie potrzebowało czasu, aby się „obudzić”: sprawdzić zasilanie, nawigację i upewnić się, że lot rakiety nie uszkodził sprzętu.
Po tym rozpocznie się pościg.
Swift nie stoi w miejscu. Upada. Jego orbita zmienia się z tygodnia na tydzień. LINK musi trafić w ruchomy cel będąc w ruchu. Spotkanie zaplanowano za trzy–cztery tygodnie.
Powolne podejście. Latanie w kręgu. Fotografowanie ze wszystkich stron.
Od 2004 roku nikt nie dotykał Swifta. Dwa lata to nic dla człowieka, ale wieczność dla obiektu na orbicie. Gruz, pogoda kosmiczna, zmiany powierzchni. Nikt nie wie dokładnie, gdzie jest najlepsze miejsce.
Inżynierowie dokonują obliczeń. LINK następnie wyciąga ręce.
Manipulanci zostają ujawnieni. Łapie ciało.
Jeśli przyczepność się utrzyma, będzie to zależeć od silników.
„To będzie bardzo powolny i pełen wdzięku wzrost, a nie nagłe pchnięcie”.
Barber zauważa, że nie jest to szybki skok. Będzie to stopniowa wspinaczka w ciągu dwóch miesięcy: od 220 do 373 mil. Wróć do bezpiecznej strefy. Wróć do nieba.
Wiele rzeczy może pójść nie tak. Uchwyt może się złamać. Manipulatory mogą się nie zamknąć. Albo stary sprzęt po prostu zawiedzie.
Jeśli jednak im się to uda, już niedługo w planach możemy spodziewać się kolejnej misji. Tym razem – dla Hubble’a.
